poniedziałek, 15 września 2008

Manifest Bełkotu


autoportret bez papierosa.
---------
a czytając, słuchajcie, a słuchając, czytajcie:



nie potrafię pisać i nie lubię pisać. szczerze mówiąc, jedyną formą przekazu, jaką uznałbym za wartą używania, jest język ciała - potrafi przekazać wszystko. nawet nie uwierzycie, jak bardzo życie stałoby się prostsze, gdyby ograniczyć się tylko do własnych mięśni, skóry i mimiki. do muzyki. ze wstydem zauważam, że nie umiem rozmawiać z ludźmi w sposób, w jaki chciałbym rozmawiać, który dla obu stron byłby przyjemny, w sposób powszechnie aprobowany. w takich chwilach najchętniej puściłbym mojemu rozmówcy utwór i najzwyczajniej w świecie zatańczył do niego. tańczył i krzyczał, być może także wył i pluł pianą. ale przynajmniej wyraziłbym to, co tak bardzo chcę wyrazić. nie ma prostszego sposobu. ale tak nie można, trzeba rozmawiać. krzyk do niczego nie prowadzi, a energiczna gestykulacja jest

NIE DO PRZYJĘCIA.

przed momentem przyjaciel napisał do mnie: "sie ma, co tam?". "powolutku trzeźwieję. piłem od szóstej", odpowiedziałem. to mój problem, mój największy problem - aby czuć się swobodniej, muszę nie być sobą, muszę znajdować się w towarzystwie ludzi, którzy nie są sobą. nie znacie mnie. tak naprawdę nikt z obecnych tu ludzi mnie nie zna. płaczę nad swoim losem. pijany wyję do poduszki jak zwierzę, łkam i ślinię się. w słuchawkach leci muzyka, której autorzy, jak się zdaje, rozumieją mnie doskonale. nie potrafię powstrzymać łez i tak naprawdę nie chcę. czuję się absolutnie oczyszczony siedząc nagi w fotelu z pustymi paczkami fajek obok mnie ustawionymi w stosiki. czuję się jak nowonarodzony smakując zimno na swojej skórze, gdy z głośników sączy się historia mojego życia. podciągam kolana pod brodę i wgryzam we własną skórę. tak bardzo mi

BRAK CZEGOKOLWIEK.

zaśmiałem się właśnie z siebie. bardzo głośno. aż papieros wypadł mi z ręki, aż musiałem wysmarkać nos. to takie śmieszne - mam 19 lat, ale przeżyłem już wszystko. na własnej skórze i przez skóry innych ludzi. nie czeka mnie nic, co zaprowadziłoby jakąkolwiek zmianę w moim życiu. jasne, poznam ciebie i Cię. a ciebie to może nawet przerżnę też. ale co z tego? będzie mi miło, tobie i Tobie też. ale po pewnym czasie oboje wrócimy do domów i spojrzymy z zawodem na swoje dłonie. i znów będzie tak samo. skakanie z kwiatka na kwiatek. niektórzy są głupcami. i nie mówcie, że mówię od rzeczy - przecież tak naprawdę mnie nie znacie. nie ma przekleństw w języku mówionym, które potrafiłyby wyrazić gorycz, jaką czuję. a przecież nie zamieszczę tu zdjęć, jak staram się do was krzyczeć mową mojego ciała, prawda? takie zachowanie byłoby

BULWERSUJĄCE.

widzicie mnie na codzień. widzicie kogoś, kto wyraźnie nie czuje się swobodnie koło was - ale to tylko idea mnie. uważacie, że udaję kogoś innego, że "pozuję", że "zakładam maski". macie absolutną rację, nie mylicie się ani o jotę - mnie tak naprawdę tu nie ma. zawsze udawałem kogoś innego. cała moja powierzchowność to zlepek historii innych ludzi, prawdziwych i fikcyjnych, aczkolwiek fikcyjni są bardziej dramatyczni. sęk w tym, że nie czuję się swobodnie. już bardzo mało zostało ludzi, przy których czułbym się swobodnie. kiedy staram się sobie wmówić, że jest szansa, że tacy ludzie się jeszcze pojawią, wybąkuję "mhm" i

PALĘ DALEJ.

a jutro znów przyjdzie mi wstać o świcie, wyskubać brwi, powiedzieć sobie do lustra, jaki to nie jestem zajebisty, pogłaskać psa, pocałować wszystkich w policzki i wyruszyć mielić to, co zawsze. chcecie wiedzieć cokolwiek? słuchajcie muzyki, moi drodzy. słuchajcie muzyki, moi przyjaciele, moi wrogowie, moi obojętni mi ludzie, moje przyszłe byłe. słuchajcie muzyki, a słuchając jej płaczcie, smarkajcie, krzyczcie i zobaczcie, co tak naprawdę się z wami dzieje, bo w rzeczywistości nie różnimy się tak bardzo od siebie. wyprowadzacie swojego zwierzaka na dwór i machacie sąsiadom na papa, tak naprawdę dławiąc w sobie okrzyk, by poszli się wreszcie pierdolić. wszyscy czujecie, że czegoś wam brakuje, ale o tym nie mówicie. nikt nie mówi, więc po co w ogóle?

to pewnie nic takiego... ale zdechniecie, jeśli czegoś nie zrobicie. prędzej czy później będziecie wyć w poduszkę coraz głośniej, wasze rany na pięściach staną się głębsze, wasza gorycz zacznie wylewać się z oczu i uszu. zwiniecie się w kłębek i zapalicie papierosa nad faktem, że zjedzą nas robale. i ciebie, i Ciebie, i mnie. nie można tracić czasu, ale wszyscy boją się o tym myśleć.

nad tym właśnie zgrzytam zębami.

zacznijcie wreszcie edukację.